Blog > Komentarze do wpisu

Za długo

Księgi Jakubowe; Olga Tokarczuk; 2014

 

W pierwszym odruchu miałem tutaj podać cały ten długaśny tytuł z okładki, ale pomyślałem sobie: bez przesady. Tytuł jest artystycznym przywołaniem barokowego formatu i jako taki podoba mi się i nawet trochę bawi, ale nie na tyle, żeby samemu wejść w konwencję i zacząć udawać, że długi tytuł jest tej książce do czegokolwiek potrzebny. Bo nie jest. To tylko taka literacka zgrywa, która w pierwszym momencie jednak kojarzy się z jakimś metafizycznym czytadłowym bełkotem w stylu Coelho. Jak się miała okazać zupełnie nieprzypadkowo.

A jak czytało się samą powieść?

Za długo. Niestety. Bo jest to kolejna okrutnie nudna i okrutnie przestylizowana powieść Olgi Tokarczuk, która udaje wielowymiarowość i przenicowaną głębię.

Po niemal każdej jej nowej książce obiecuję sobie, że kolejnym razem już nie dam się nabrać i nie będę więcej czytał; że może pomysł brzmi zachęcająco; że może jest to jedna z "ukochanych" pisarek z czasów LO, ale... Ale prawdopodobnie będziesz tego żałować. Tak było w przypadku Prowadź swój pług... Tak jest w przypadku Ksiąg jakubowych. Zmasowana kampania reklamowa, w którą chyba należy wliczyć wszystkie na kolanach pisane recenzje z internetu sprawiły, że po raz kolejny miałem okazję przypomnieć sobie za co dokładnie nie lubię prozy Olgi Tokarczuk. 

A sądząc po Księgach Jakubowych nie lubię ją za:

1. Za Postacie, bo chyba nie mogę tu napisać, że za bohaterów. Bohaterowie mieliby jakieś interesujące rysy psychologiczne, byliby niejednoznaczni i zindywidualizowani. Albo przynajmniej jednoznaczni i zindywidualizowani. Zwłaszcza po tak długiej powieści należało się spodziewać plejady fascynujących postaci, a tymczasem dostajemy raczej niewyraźne typy-stereotypy. Pisane pod ten sam schemat, bardziej duchowe byty, niż ludzie z konkretnej epoki, z konkretnych czasów. Każdy jakoś tam na swój sposób opętany mistycznym uniesieniem, każdy odbierający życie jako magiczny żywioł, opisani typowo dla konwencji realizmu magicznego, ale zupełnie bez polotu. Tym samym właściwie ciężko ich scharakteryzować, zlewają się w jeden wspólny byt. Tutaj wyjątkiem jest ksiądz Chmielowski od Nowych Aten, ale to jest jak napisałem tylko wyjątek i do bardzo drugoplanowy.

2. Za Intrygę. I znowu: Za jaką intrygę! Tokarczuk zbeletryzowała historię Jakuba Franka i tyle. Ja sam pamiętam, że Adam Zamoyski opisał ją znacznie bardziej zajmująco i chyba nawet znacznie bardziej refleksyjnie w swojej kapitalnej książce Polska, niż zostało to zrobione w Księgach Jakubowych. W jakimś sensie można napisać że Tokarczuk zastąpiła jakąkolwiek intelektualność jakąkolwiek metafizyką, tak jakby na prawdę uwierzyła, że rozum nie może tej historii pojąć, że tego się nie da racjonalnie i po bożemu opisać. Że trzeba pisać po Bożemu. Przez co sprowadziła fakt do poziomu mitu, a mity mają to do siebie, że są mało finezyjne. Ot proste przypowieści. I chociaż wierzę że wielu osobom może się to kojarzyć z uniwersalizacją, to dla mnie takie podejście kłóci się z samą koncepcją dłuuugiej powieści. Albo robimy wnikliwą analizę, albo mistyczną parabolę. Na pewno tym razem nie udało się tego połączyć.

3. Za Styl. Cała historia powieści rozpisana jest na drobniutkie sceny, często drobiazgowo opisane. Nie będę kłamał w pierwszym momencie zapiera to dech w piersiach, że się tak wyrażę. Opis wielokulturowego miasteczka na wschodzie Rzeczypospolitej tak bardzo odbiega od tego, co zapamiętałem ze szkolnych lekcji i ze szkolnego Sienkiewicza, że czytałem go z wypiekami na twarzy. Tyle o pierwszym wrażeniu, bo im dalej tym metoda literacka Tokarczuk zaczyna męczyć. Ileż można czytać opisów małych pokoików, gdzie za oknem jest mgła, w której ten czy inna bohaterka wyczuwa bytowanie niematerialnych istot, a każdy szczególik musi zostać oprawiony pięknie brzmiącymi przymiotnikami. Tyle, że takie nagromadzenie detalu spowodowało u mnie uczucie znużenia i przesytu, a na końcu zacząłem to odbierać jako niezamierzoną autoparodię własnego stylu.

4. Gnostycki smrodek w duchu realizmu magicznego modnego w latach 90'. Świat jako wielkie mistyczne stworzenie, chciałoby się wręcz napisać wielkie mistyczne jajo; byt i niebyt jako jing i jang, żywioły jako elementy ludzkiej duszy i dusza ludzka jako esencja Bytu itp. Oczywiście wyśmiewam się. Nie chodzi o to, że dokładnie tego typu rozważania (mhm...) filozoficzne pojawiły się w Księgach Jakubowych, chodzi mi raczej o klimat i ogólnie metafizyczny kierunek rozważań. Dla mnie to wszystko to jest (przepraszam bardzo, ale jednak) najzwyczajniejszy w świecie bełkot. Taki bardzo ogólnikowy, oparty na sloganach i uwznioślonych dywagacjach, który oprawiony w coś na kształt delikatnej fabuły ma udawać powieść z aspiracjami. Nie umiem po przeczytaniu tej książki powiedzieć, jaka była jej wymowa intelektualna. Dla mnie nadaje się bardziej dla wiernych wyznawców niż dla wnikliwych czytelników.

Niestety w internecie same pochwały. Wszystkim się podoba, nikt do końca nie chce przyznać, że się nudził w trakcie lektury. Ja się nudziłem.

wtorek, 02 grudnia 2014, korzennik

Polecane wpisy